Serwis Forum Obywatelskiego Rozwoju w dziale Aktualności promuje tekst Wiktora Wojciechowskiego, Lecha Kaliny oraz Aleksandra Łaszka, Szkołę mą widzę kosztowną. Jest to kolejny przykład krytycznej wypowiedzi, charakterystycznej dla dyskursu na temat oświaty toczonego w ostatnich latach, ale poza środowiskiem pedagogów i dydaktyków (przodują w nim dziennikarze, politycy i ekonomiści). Charakteryzuje się on zupełnym niezrozumieniem problemów polskiej szkoły oraz zdecydowanym zafałszowaniem oświatowych realiów, mimo podawania prawdziwych danych statystycznych. Kolejną, typową cechą tego dyskursu jest ignorowanie wiedzy pedagogicznej i dydaktycznej, która powinna stanowić nie tylko podstawę wszelkich działań w oświacie i wobec oświaty, lecz także podstawę każdego dyskursu o szkole. Wymowna jest bibliografia, która posłużyła autorom do napisania tego tekstu. Brak w niej jakiejkolwiek publikacji, z której osoba pisząca o szkole mogłaby uzyskać wiedzę na temat warunków, które trzeba zapewnić uczniom i nauczycielom, by poprawić efekty kształcenia, z której mogłaby uzyskać wiedzę o tym, co należy zrobić, by szkoła funkcjonowała sprawniej. Z krótkiej kwerendy w Internecie wynika, że autorzy omawianego artykułu są ekonomistami. Ciekawi mnie ich reakcja na artykuł, którego autor chciałby reformować budżet państwa lub bank w myśl zasad nie ekonomii, lecz pedagogiki albo wiktymologii. No cóż, nie od dziś mówi się, że Polska to taki kraj, w którym każdy czuje się wystarczająco kompetentny do zabierania głosu w sprawie edukacji, medycyny, sportu i polityki.
Autorzy przytoczyli szereg danych statystycznych, niewątpliwie prawdziwych, z których jednak wyłania się nieprawdziwy obraz oświaty. Wynika z nich, że Polska, spośród krajów OECD, ma jeden z najniższych wskaźników ilości uczniów przypadających na jednego nauczyciela. Jednakże, z punktu widzenia jakości edukacji (a o to chyba martwią się autorzy) wskaźnik ten jest nieistotny, bowiem decydujące znaczenia ma ilość uczniów w klasie. Według zaprezentowanych danych statystycznych polskie klasy nie są bardziej zatłoczone niż średnia w OECD. Tym razem statystyka popełniła błąd wrzucając do jednego worka szkoły wiejskie (z nielicznymi zespołami klasowymi) i miejskie (często zatłoczone ponad wszelkie granice przyzwoitości). Uzyskana średnia fałszuje rzeczywistość, w której zdecydowana większość szkół ma klasy liczące o kilka osób ponad statystyczny wskaźnik. I to jest jeden z głównych czynników utrudniających poprawę jakości kształcenia (tego uczy dydaktyka). W klasie liczącej 26-35 osób (takie są realia większości szkół) raczej nie jest możliwe stosowanie aktywizujących metod kształcenia w trakcie lekcji trwającej 45 minut. Zaś bez zastosowania na szeroką skalę wspomnianej grupy metod nie ma szans na lepsze wyniki kształcenia (tego uczy dydaktyka). Tak więc, wbrew sugestiom autorów artykułu, niż demograficzny należałoby wykorzystać nie do redukcji zatrudnienia w szkołach (bo to nie wpłynie na poprawę jakości kształcenia) lecz do redukcji liczebności klas (ale nie tej statystycznej, tylko realnej).
Kolejne przytoczone dane sugerują jakoby polscy nauczyciele pracowali mniej niż większość ich kolegów w krajach OECD. Pomijając zgodność tych liczb z realiami (mijanie się z prawdą – kłamstwo – statystyka), należy zdecydowanie podkreślić, że dla jakości kształcenia zwiększanie tzw. pensum dydaktycznego jest zabójcze. Im więcej nauczyciel będzie przebywał w szkole, tym mniej czasu poświęci na przygotowywanie się do lekcji oraz na pracę wychowawczą (doba nie rozciągnie się). Zamiast zwiększać pensum należy zacząć wreszcie wymagać stosowania metod aktywizujących (a kolejne reformy oświaty tego nie robią), oczywiście po wcześniejszej redukcji liczebności klas i zapewnieniu dostępu do Internetu (plus minimum kilka laptopów i projektor) w każdej sali lekcyjnej. Wszelkie dyskusje o czasie pracy nauczycieli są bardzo mylące, jeżeli nie podaje się istotnych faktów. W przeciwieństwie do Polski, w wielu krajach nauczyciel nie musi zajmować się takimi pracami jak tworzenie sprawozdań, statystyk, zbieranie składek, rozliczanie z nieobecności i spóźnień, organizowanie wycieczek i imprez, pilnowanie porządku na przerwach, bo tym zajmują się pracownicy administracji. Ponadto ma do dyspozycji asystentów przygotowujących pomoce dydaktyczne, pomagających w pracy z uczniami sprawiającymi kłopoty, czy wymagającymi szczególnej opieki. Jedynie wtedy gdyby polskiego nauczyciela zwolnić z tych dodatkowych obowiązków (zwłaszcza biurokratycznych), to można by myśleć o zwiększeniu pensum bez ryzyka pogorszenia jakości pracy (i tego uczy dydaktyka).
W dalszej części artykułu trafiamy na dane, które pozostają w jawnej sprzeczności z realiami. Okazuje się, że według statystyki i ekonomistów polska oświata należy do jednej z najlepiej finansowanych w OECD. W tym momencie każdy, kto zna polskie realia niewątpliwie „rzuci mięsem”. Skoro tak wspaniale finansujemy oświatę, to skąd mizeria nauczycielskich zarobków (w porównaniu z realnymi dochodami innych zawodów finansowanych z budżetu i wymagających wyższego wykształcenia) i ewidentne braki w wyposażeniu zdecydowanej większości szkolnych pracowni? A tak na marginesie – dlaczego autorzy nie podali danych porównujących zarobki nauczycieli w Polsce i innych krajach OECD? Czyżby nie pasowały do tezy? Statystycy i ekonomiści powinni jednak odwiedzić czasami realną szkołę, a nie tylko ograniczać się do suchych liczb. Wymowa finansowego wątku omawianego artykułu jest zdecydowanie sprzeczna z wiedzą i postulatami środowiska pedagogów i dydaktyków (zwłaszcza praktyków). Nie od dziś środowisko to podkreśla wieloletnie niedofinansowanie edukacji, a konieczność radykalnego zwiększenia środków na działalność szkół i nauczycielskie wynagrodzenia uznaje za warunek konieczny dla osiągnięcia poprawy jakości edukacji (wiem, że to dla ekonomistów to orzech trudny do zgryzienia, ale taka jest prawda).
W jednym tylko aspekcie autorzy odeszli od statystki – pisząc o systemie awansu zawodowego w szkołach. Efekt jest widoczny – wreszcie ich diagnoza i postulaty zgodne są z postulatami fachowców od edukacji. Mam na myśli problem zbyt ubogiego zestawu szczebli awansu zawodowego. Kończenie realnego awansu po kilkunastu latach kariery jest demotywujące i należałoby to zmienić poprzez dodanie jeszcze kilku szczebli do osiągnięcia przed emeryturą.
Podsumowując – wszelkie dane statystyczne udowadniające, że wielu nauczycieli można bezkarnie zwolnić, a pozostałym zwiększyć pensum dydaktyczne nie oddają rzeczywistego stanu i potrzeb polskiej oświaty. Postulat, by „podjąć dyskusję nad dostosowaniem polskiej edukacji do przemian demograficznych, co dałoby oszczędności dla budżetu państwa” nie spotka się raczej z pozytywnym odzewem praktyków i teoretyków dydaktyki i pedagogiki. Nie mają oni bowiem ochoty na „łatkę” grabarzy polskiej edukacji. Szanowni ekonomiści, pamiętajcie – edukacją nie rządzą prawa ekonomii (bo to nie biznes nastawiony na finansowy zysk), lecz zasady dydaktyki i pedagogiki.
Moje przemyślenia na temat edukacji ogólnokształcącej i wyższej humanistycznej w kontekście wyzwań XXI wieku - społeczeństwa informacyjnego i gospodarki opartej na wiedzy.
O mnie
- Zbigniew Osiński
- Lublin, Lubelskie, Poland
- Jestem pracownikiem Wydziału Humanistycznego UMCS w Lublinie. Zajmuję się historią najnowszą, dydaktyką historii, edukacyjnym wykorzystaniem technologii informacyjnej, elektronicznymi źródłami wiedzy i informacji oraz zarządzaniem wiedzą w edukacji.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
0 komentarze:
Prześlij komentarz