sobota, 4 września 2010

Znowu wrześniowe polowania na nauczycieli


Skończyły się wakacje (niestety), mamy wrzesień, a wraz a nim kolejny sezon medialnych polowań z nagonką na nauczycieli. Dziennikarze (oczywiście nie wszyscy), przy wtórze polityków i urzędników (tych bardziej populistycznych), dają przy tej okazji popis populizmu (czasami zabarwionego komunizmem), ignorancji i zabiegów manipulacyjnych. Oto najnowsze przykłady:
1. Zarobki i podwyżki - ten problem manipulowany jest na dwa główne sposoby. Po pierwsze publika epatowana jest ewidentnymi kłamstwami w rodzaju średniej zarobków nauczyciela dyplomowanego ok. 4400 zł. brutto (taką wielkość dostrzegłem w jednej z gazet). W rzeczywistości ta średnia jest o jakieś tysiąc złotych mniejsza (chyba, że do średniej wlicza się nauczycielom jakieś kwoty, o których oni sami nic nie wiedzą, i których nie ma w żadnych przepisach). Drugi zabieg manipulatorski polega na natarczywym podawaniu informacji o planowanych dla nauczycieli podwyżkach (w centrum kryzysu) i o tym ile one będą kosztowały biedny budżet, który i bez tego nie domyka się. Manipulacja polega na wyrwaniu tych informacji z kontekstu. Pełna i obiektywna informacja powinna obejmować także stwierdzenie, czy suma podwyżek dla nauczycieli z ostatnich 10 lat pozwoliła przynajmniej uchronić zarobki przed inflacją. Nie od rzeczy byłoby także porównanie z podwyżkami, które w tym samym okresie dostały inne zawody wymagające wyższego wykształcenia i opłacane z budżetu – lekarze, prokuratorzy, sędziowie, oficerowie służb mundurowych, urzędnicy państwowi i samorządowi. Dla pełnego obiektywizmu konieczne byłoby też porównanie aktualnej wysokości plac w tych grupach z płacami nauczycieli (zwłaszcza na starcie i przed emeryturą). Przy okazji dodam, że nie widzę nawet jednego racjonalnego powodu, dla którego nauczyciele zarabiają znacznie mniej niż przedstawiciele wymienionych zawodów. Obiektywny dziennikarz powinien się zainteresować także tym, jak ma się obciążenie budżetu państwa w związku z nauczycielskimi podwyżkami do kwot, które są marnowane na skutek błędnych decyzji polityków i urzędników i ich podatności na korupcję.
2. Podręczniki – telewizornia różnej proweniencji doniosła o niecnym procederze – wydawcy ciągle wydają nowe podręczniki i w trakcie podejrzanych rozmów namawiają nauczycieli, by ci zmuszali uczniów do kupowania ciągle nowych wydań (czasami niewiele różniących się od wydań poprzednich). Pokazywany jest jakiś młokos, urzędniczek z ministerstwa edukacji twierdzący, że nauczyciele są po prostu przekupywani. Starszy urzędnik z kolei narzeka na nadmiernie rozbudowany wybór podręczników (od nadmiaru przewraca się w głowie – PRL był oparty na tej zasadzie i starszemu panu tak się zakodowało). W każdym razie efekt jest taki, że rodziny muszą przymierać głodem, by móc kupować ciągle zmieniane podręczniki. W tym przypadku mamy do czynienia z pomieszaniem dziennikarskiej i urzędniczej nierzetelności z ignorancją. Od osób zajmujących się oświatą wymagać należy, by przynajmniej miały świadomość tego, że problem ciężkich i drogich podręczników wynika z utrzymywania przestarzałego, dziewiętnastowiecznego modelu edukacji. W realiach wieku XXI podręczniki powinny istnieć w wersji elektronicznej, umieszczone w Internecie na zasadzie dostępu bezpłatnego (autorzy byliby opłacani przez ministerstwo). Poza tym w nowoczesnej edukacji podręcznik powinien służyć nie tyle do nabywania wiedzy na lekcji, ile do domowych powtórek. Wiedza w trakcie lekcji powinna być nabywana w trakcie aktywnej pracy ucznia z różnorodnymi źródłami wiedzy (kłania się konstruktywizm i konektywizm). Prawdą jest informacja, że nauczyciele stosunkowo często zmieniają podręczniki, ale nie dla zysku, lecz z konieczności. W polskim systemie oświaty, w którym króluje encyklopedyzm,  podręcznik musi być ściśle zgodny z programem nauczania i z wymaganiami egzaminu kończącego dany typ szkoły (jak uczeń czegoś nie ma w podręczniku to nie nauczy się). W związku z tym, że programy i wymagania ulegają raczej częstym zmianom, to i podręczniki muszą za nimi nadążać. To nie jest wymysł nauczyciela. Prawdziwy jest także fakt, że nauczyciele chętnie uczestniczą w spotkaniach z wydawcami, ale nie dla osobistego zysku. Po prostu dzięki temu mogą otrzymać bezpłatne egzemplarze podręczników, poradników metodycznych i zeszytów ćwiczeń (ale nie w ilościach hurtowych). Bez tego nie będą znali oferty wydawniczej i nie będą mogli wybrać tego, co najbardziej odpowiada aktualnym wymaganiom. Gdyby organy prowadzące szkoły wywiązywały się ze swojego obowiązku zapewnienia nauczycielom warsztatu pracy i same dostarczały nowości wydawnicze, to problemu by nie było. Ale urzędnicy zamiast wziąć się do roboty wolą oskarżać nauczycieli o niecne praktyki.  
3. Białe i zielone szkoły – artykuł na ten temat pojawił się w Dzienniku. Gazecie Prawnej - http://biznes.gazetaprawna.pl/artykuly/447538,zielone_szkoly_finansowy_raj_dla_firm_ale_pieklo_dla_rodzicow.html . Problem polega na tym, że szkoły organizują wyjazdy uczniów, które jakoby rujnują rodzinne budżety i nabijają kasę szarej strefie. Motywacja zaś dla dziennikarzy jest podejrzana -  jakaś integracja zespołu, jakieś bajki o rozwoju. Gdyby jeden z drugim poczytał troszkę z podręczników pedagogiki, to nie pisałby bzdur. Coś takiego jak integracja zespołu, także z nauczycielami to fakt, który potem znacznie ułatwia współpracę w szkole. Znaczenie podróży dla rozwoju umysłowego jest nie do przecenienia. Przecież w różnych epokach historycznych bogaci ludzie wysyłali swoje dzieci w długie podróże nie z próżności i nie dlatego, że im odbiło z nadmiaru bogactwa. Teraz, dzięki szkołom, z dobrodziejstw podróży mogą korzystać także dzieci z rodzin uboższych. Dobrze zorganizowana i przeprowadzona biała i zielona szkoła dla wszechstronnego rozwoju ucznia może uczynić więcej niż miesiące spędzone w szkolnej sali. A że to kosztuje – takie już mamy życie, wszystko kosztuje. Trzeba po prostu zarabiać, albo oszczędzać rezygnując z papierosów, alkoholu, słodyczy i innych zbędnych wydatków, a często ponoszonych przez ubogich. Rodzice muszą finansować rozwój swoich dzieci, nikt ich z tego nie zwolni. Przy okazji warto pamiętać, że tania oferta, to byle jaka oferta. Dziennikarze zamiast jątrzyć, powinni przekonywać rodziców o korzyściach dla dzieci z białych i zielonych szkół, z podróży. Powinni ewentualnie pilnować, by szkoły nie korzystały z ofert tanich, lecz z dobrych, by zielona i biała szkoła przynosiła oczekiwane korzyści.

0 komentarze:

Prześlij komentarz