W ostatnich latach często, chyba zbyt często, odnoszę wrażenie, że dla mediów partnerami w sprawach edukacji są wybitni fachowcy, ale nie od problemów edukacji (jakoś nie trafiam na wypowiedzi pedagogów i dydaktyków). Przykładem mogą być wypowiedzi ekonomistów i dziennikarzy, z których przebijała sugestia (powiedzmy wprost – idiotyczna), że wszystkiemu co złe w szkole winne są nauczycielskie przywileje. Wypowiedzi, w których pojawiała się fałszywa teza jakoby nauczyciele pracowali mniej niż reszta społeczeństwa, a zarabiali nienajgorzej. Do podobnie „fachowych” wypowiedzi zaliczyć można także te, w których dowodzono, że reformowanie szkoły może odbyć się bez jednoczesnego radykalnego zwiększenia poziomu finansowania edukacji (do ekonomistów mam pytanie, który z was odważy się publicznie stwierdzić, że firmę posługującą się dziewiętnastowieczną technologią można przestawić na nowoczesną produkcję bez sporych inwestycji?).
Do tego grona dołączył lewicowy socjolog (publicysta „Krytyki Politycznej”) Przemysław Sadura, który w „Gazecie Wyborczej” z 11-12.09.2010 r. pokazał, że myślenie o edukacji sterowane lewicową dogmatyką nie zdechło wraz z PRL-em. Już w tytule jego artykułu (Nieuk kujonowi nie zaszkodzi) zawarty jest błąd wynikający z lewicowego, populistycznego myślenia (nie lubimy lepszych, nie znosimy elit). Rzeczywistość szkolna pokazuje bowiem, że obecność nieuków w klasie poważnie szkodzi tym, którzy chcieliby się uczyć i osiągnąć satysfakcjonujące rezultaty. Swoją wypowiedź Przemysław Sadura rozpoczął od oczywistej konstatacji, że istnieją różnice społeczne i szkoła je odtwarza. Słusznie też przyznaje, że problem zaczyna się w rodzinie i najbliższym środowisku, gdzie dziecko nabywa określonego stosunku do pracy, obowiązków, czytania książek, gdzie kształtuje się jego poziom kultury. Dodałbym jeszcze, że dziecko rodzi się z określonym poziomem inteligencji, a od rodziny zależy jak ukształtują się u dziecka zdolności oraz kompetencje osobiste i interpersonalne. Nie zapominajmy, że do szkoły trafia młody człowiek, który w dużej mierze jest już ukształtowany przez swoją rodzinę i najbliższe środowisko. Zgodzić się należy z tezą, że różnice społeczne mogłyby być częściowo zniwelowane poprzez wczesne wysyłanie dzieci ze środowisk ubogich i zaniedbanych do przedszkola, ale nie dbają o to rodzice, a lokalne władze (zwłaszcza w terenie wiejskim) widząc brak zainteresowania przedszkolami nie tworzą takowych. Jednakże trudno zgodzić się z dalszą częścią argumentacji pana Sadury. Chciałby on, by wyrównywanie szans było istotnym celem edukacji w praktyce, a nie tylko w teorii. Jednakże, oczekiwanie takie ma charakter bardziej ideologiczny niż racjonalny. Walka z wiatrakami, czyli zmagania szkoły ze zjawiskami, które są naturalne w każdym społeczeństwie, może przynieść więcej szkody niż pożytku, o czym dalej. Nie przejdzie mu przez lewicowe usta niepoprawna politycznie teza, że może należałoby zająć się wtłaczaniem do głów ludzi biednych tej prawdy, iż w dużej mierze sami są sobie winni i w związku z tym powinni radykalnie zmienić swoje postawy, np. w sprawie posyłania dzieci do przedszkola (a na twierdzenie o braku pieniędzy mam jedną odpowiedź – niech każdy biedny policzy ile w ciągu miesiąca wydaje na alkohol, papierosy i słodycze). Jednym z pomysłów środowisk lewicowych na wyrównywanie szans jest zakaz tworzenia lepszych i gorszych klas i szkół (nakaz ścisłej rejonizacji, nakaz przyjmowania dzieci z upośledzeniem umysłowym do typowych szkół – tzw. klasy integracyjne). Każda klasa i szkoła powinna, według lewicy, odzwierciedlać obraz społeczeństwa – powinno w niej być trochę kujonów i leni, trochę bogatych i biednych, trochę mądrych i głupich. Pan Sadura powołuje się przy tym na amerykańskie badania z lat sześćdziesiątych, z których wynika, że w takiej sytuacji dzieci upośledzone i zaniedbane zyskają, a dzieci inteligentne i ambitne stracą bardzo niewiele, w sumie zysk społeczny ma być ewidentny. Dobrze, że autor podkreślił, iż badania pochodzą z lat sześćdziesiątych. Od tamtej pory społeczeństwa i gospodarka przeszły spore zmiany, a nauka odkryła inne zależności i reguły. Ale skupmy się raczej na praktyce. Każdy nauczyciel z doświadczeniem zawodowym przyzna, że nawet niewielka grupa uczniów niezainteresowanych kształceniem lub pozbawionych potrzebnych kompetencji jest w stanie rozłożyć lekcję i wtedy nikt niczego nie zyskuje. Przyzna też, że metody pracy i tematykę lekcji trzeba dostosować do poziomu grupy. Raczej nie jest możliwe prowadzenie dyskusji lub rozwiązywanie problemów z grupą, która ma problemy z czytaniem ze zrozumieniem. Jeżeli takich uczniów mamy w klasie kilkoro, to wybór jest prosty. Albo stosujemy metody, przy których ich braki nie są przeszkodą (wykład, czytanie krótkich fragmentów syntez i powtarzanie własnymi słowami co się przeczytało), albo dla dobra reszty uczniów robimy na lekcji dyskusję, z której słabi nic nie skorzystają, bo nie mają wstępnego zasobu wiedzy (nie rozumieją tego co mieli przeczytać przed dyskusją). Nie da się prowadzić lekcji jednakowo pożytecznej dla uczniów zaniedbanych i wybitnych. Dobrym przykładem jest kształcenie językowe. Umieszczenie w jednej klasie uczniów początkujących z zaawansowanymi powoduje, że lekcja albo jest kształcąca dla początkujących i nudna dla zaawansowanych, albo kształcąca dla zawansowanych i zbyt trudna dla początkujących. Efekt jest taki, że grupa nudząca się lub niczego nie rozumiejąca zaczyna rozrabiać i nikt z takiej lekcji nie skorzysta. Dokładnie taka sama jest sytuacja w ramach całości edukacji. Jeżeli stworzymy taką mieszaną klasę, to ktoś musi na tym stracić, najczęściej wszyscy uczniowie. Lewicowi doktrynerzy stawiają na stratę (jak twierdzi Sadura jedynie nieznaczną) tych wybitnych. Zapominają przy tym o regule Pareto – 20% pracowników generuje 80% dochodów, 20% (a raczej mniej) najwybitniejszych postaci generuje 80% (a raczej więcej) postępu cywilizacyjnego. Przecież świat rozwija się dzięki takim jednostkom jak Albert Einstein, Maria Curie Skłodowska, Bil Gates, Lary Page, Siergiej Brin, Larry Ellison, a nie milionom anonimowych robotników, urzędników i rolników. Skończmy z marksistowskim (skompromitowanym) postrzeganiem społeczeństwa, to nie masy ale elity są „solą tej ziemi”. Tak więc system edukacji nie może sobie pozwolić na jakiekolwiek straty w rozwoju właśnie uczniów wybitnych, przyszłych elit. Najważniejsze, by właśnie zdolni i pracowici mieli zapewnione jak najlepsze warunki rozwoju, bez względu na mechanizmy społeczne, które doprowadziły do podziału na zaniedbanych i wybitnych. Lewica twierdzi, że trzeba wyrównywać szanse. OK., ale nie kosztem uczniów zdolnych i pracowitych. Kolejny lewicowy dogmat głoszony przez pana Sadurę mówi, że uczniowie dobrzy, o wyższym poziomie kultury stracą na braku kontaktów z uczniami słabymi, zaniedbanymi. Nie wyrobią bowiem w sobie potrzebnych kompetencji społecznych. Pogląd taki nazywam lewicowym dogmatem ponieważ nie ma on pokrycia w realiach. W rzeczywistości jest zupełnie odwrotnie. Jednym z bardziej demotywujących do nauki czynników jest przebywanie w gronie rówieśników o wyraźnie słabszych kompetencjach, niższej inteligencji oraz negatywnym nastawieniu do nauki. Jednym z czynników najbardziej utrudniających wychowanie jest towarzystwo rówieśników zdemoralizowanych lub o niskim poziomie kultury. Nie na darmo jedno z przykazań dobrego rodzica mówi – chroń swoje dziecko przed złym towarzystwem. Pan Sadura odmawia rodzicom prawa do dbania o jak najlepszy rozwój swoich dzieci poprzez tworzenie zapotrzebowania na szkoły i klasy elitarne, zapewniające wyższy od przeciętnego poziom nauczania. Wprowadziłby sztuczne wymogi mieszania uczniów o dobrych i słabych kompetencjach, o pozytywnym i negatywnym stosunku do nauki, upośledzonych intelektualnie z wybitnymi. Dla mnie to barbarzyństwo. Ale to nie koniec „popisów” pana Sadury. Nie ustrzegł się on omijania prawdy, gdy stwierdził, że ostatnio nauczyciele dostali duże podwyżki. Mam w domu nauczycielkę, z racji zawodowych utrzymuję kontakty z niejednym nauczycielem i od wielu już lat nie zauważyłem, by otrzymali coś więcej niż kilkuprocentowe regulacje, które nie nadążają nawet za inflacją. Za bezsensowne posunięcie uznał przyznanie większych podwyżek nauczycielom doświadczonym niż początkującym. Gdyby przyznawano podwyżki według jego logiki, to po pewnym czasie wszyscy dostawali by po równo, jak w komunizmie. Czy o to chodzi lewicy? Posunął się także do sugestii, że nikt nie wie ile pracują nauczyciele. Otóż wiadomo, ich etat wynosi 40 godzin tygodniowo (art. 42 Karty Nauczyciela). Na koniec zaapelował o zmniejszenie szans życiowych dzieci mogących w przyszłości stać się elitą (bo to jakoby zwiększy szanse pozostałych) – to już nie głupota, to zbrodnia wobec narodu. Na zakończenie mam pytanie do lewicowych i prawicowych populistów – dlaczego większość z was jak tylko może, to posyła swoje dzieci do szkół prywatnych, elitarnych, albo tych publicznych, które mają dobrą renomę dzięki stosowaniu ostrej selekcji przy rekrutacji?
0 komentarze:
Prześlij komentarz