Uwagi do „Diagnozy stanu szkolnictwa wyższego w Polsce” opublikowanej w 2009 r. przez konsorcjum: Ernst & Young Business Advisory i Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową oraz do „Strategii rozwoju szkolnictwa wyższego w Polsce do roku 2020” opracowanej przez wspomniane konsorcjum, dostępnych na stronie http://www.uczelnie2020.pl/.
Analiza i ocena obu dokumentów została przeprowadzona z punktu widzenia przedstawiciela dziedziny nauki zwanej humanistyką. Ograniczę się do wskazania tych ocen, opinii i pomysłów, sformułowanych przez konsorcjum, z którymi zdecydowanie, jako humanista, nie zgadzam się lub mam istotne wątpliwości. Nie oznacza to jednak, że nie dostrzegam pozytywnych aspektów obu dokumentów i nie doceniam ich znaczenia. Po prostu, chciałbym wskazać na problemy, które powodują, że „Diagnozy” i „Strategii” nie można w pełni wykorzystać do generowania rozwiązań usprawniających polskie szkolnictwo wyższe i naukę, zwłaszcza w obszarze humanistyki.
1. We wstępie do „Diagnozy” znalazła się słuszna konstatacja, że wiele spośród wskazanych problemów jest bezpośrednio lub pośrednio skutkiem umasowienia wyższego wykształcenia. Należało jednak dodać, iż na skutek tego posunięcia (decyzji politycznej) po roku 1990 na wyższe uczelnie trafiła duża grupa młodzieży, która w latach wcześniejszych zakończyłaby swoje kształcenie na etapie liceum, technikum lub szkoły zawodowej. Umasowienie kształcenia nie oznaczało, że po roku 1990 większa grupa młodzieży kończyła szkoły średnie z kompetencjami pozwalającymi na sprawne studiowanie, lecz, że skutkiem decyzji polityków uczelnie zaczęły przyjmować także i tych, którzy do studiów wyższych nie byli należycie przygotowani. Na dodatek, gwałtownemu wzrostowi liczby studentów nie towarzyszył adekwatny wzrost liczby pracowników wyższych uczelni, ani nakładów na tę sferę.
1. We wstępie do „Diagnozy” znalazła się słuszna konstatacja, że wiele spośród wskazanych problemów jest bezpośrednio lub pośrednio skutkiem umasowienia wyższego wykształcenia. Należało jednak dodać, iż na skutek tego posunięcia (decyzji politycznej) po roku 1990 na wyższe uczelnie trafiła duża grupa młodzieży, która w latach wcześniejszych zakończyłaby swoje kształcenie na etapie liceum, technikum lub szkoły zawodowej. Umasowienie kształcenia nie oznaczało, że po roku 1990 większa grupa młodzieży kończyła szkoły średnie z kompetencjami pozwalającymi na sprawne studiowanie, lecz, że skutkiem decyzji polityków uczelnie zaczęły przyjmować także i tych, którzy do studiów wyższych nie byli należycie przygotowani. Na dodatek, gwałtownemu wzrostowi liczby studentów nie towarzyszył adekwatny wzrost liczby pracowników wyższych uczelni, ani nakładów na tę sferę.
2. W dalszej części wstępu możemy znaleźć sugestię, że jakość kształcenia na najpopularniejszych, masowych kierunkach nie może być zadowalająca, w przeciwieństwie do kierunków matematyczno-przyrodniczych. Argumenty na poparcie tej tezy podano trzy: na kierunkach masowych przypada dużo więcej studentów na jednego doktora habilitowanego niż na matematyczno-przyrodniczych; wykładowcy z tych kierunków znacznie częściej pracują na więcej niż jednym etacie i w mniejszym stopniu przyczyniają się do zapewnienia polskim uczelniom obecności w międzynarodowych rankingach. Trudno zgodzić się z taką diagnozą. Przede wszystkim, przytoczone argumenty mogą jedynie pośrednio (i raczej w niewielkim stopniu) świadczyć o jakości kształcenia. Zajęcia z doktorem habilitowanym nie muszą być efektywniejsze niż z magistrem, a publikowanie po angielsku nie przekłada się na umiejętność stosowania aktywizujących metod kształcenia. Obiektywną i rzetelną informację na ten temat można uzyskać jedynie poprzez pomiar edukacyjnej wartości dodanej na poszczególnych kierunkach i uczelniach. Z punktu widzenia zasad dydaktyki autorzy diagnozy bardzo nieprofesjonalnie podeszli do oceny jakości kształcenia. Powielają ten błąd w rozdziale „Jakość kształcenia”, gdzie opierają się na proporcjach liczby studentów do liczby nauczycieli akademickich oraz na akredytacji PKA. W obu przypadkach są to parametry świadczące co najwyżej o jakości organizacji pracy dydaktycznej, a nie o jakości jej efektów. Zadziwia, że diagnoza jakości kształcenia nie dotyka takich problemów jak: proporcje pomiędzy zajęciami aktywnymi (ćwiczenia, laboratoria, konwersatoria, seminaria), a biernymi (wykłady); wykorzystywanie technologii informacyjnej; operacjonalizacja celów kształcenia; kształtowanie kompetencji kluczowych – ogólnokształcących; obiektywizacja egzaminowania.
3. Kolejnym argumentem mającym świadczyć przeciwko polskiemu szkolnictwu wyższemu jest bardzo niewielka mobilność międzyuczelniana, międzynarodowa i międzysektorowa kadry akademickiej. Zabrakło jednak odpowiedzi na pytanie, czy w polskich realiach taka mobilność jest realna (względy materialne i kulturowe) oraz, czy w przypadku każdej dyscypliny naukowej miałaby pozytywny wpływ na poziom zawodowy pracowników? Doświadczenia amerykańskie nie muszą sprawdzić się w polskich realiach, a zwłaszcza w przypadku każdej dyscypliny naukowej. Jaką korzyść odniesie np. historyk z przemieszczania się po różnych polskich uczelniach? Przecież nigdzie nie pozna jakichkolwiek nowych, specyficznych metod kształcenia lub prowadzenia badań. Wszędzie będzie miał do czynienia z podobnymi studentami.
4. Wadą polskiego szkolnictwa wyższego ma być także niechęć wielu środowisk akademickich do trójstopniowej struktury studiów. Z doświadczenia mogę powiedzieć, że podział jednolitych, pięcioletnich studiów na specjalnościach nauczycielskich na dwa etapy, utrudnia dobre przygotowanie do tego zawodu, pogarszając, a nie poprawiając, jakość kształcenia. Nowa struktura utrudnia zwłaszcza dobre przeprowadzenie bloku przedmiotów specjalistycznych (psychologia, pedagogika i dydaktyka) oraz praktyk zawodowych.
5. Następna konstatacja dotyczy jakości badań naukowych. Dowodem jakoby niezadowalającego stanu badań w Polsce ma być fakt, że poza naukami ścisłymi i chemią, dorobek polskich uczonych nie jest szerzej znany na świecie. A czy dorobek mało znany, to dorobek o niskiej jakości? Przecież ta diagnoza jest zupełnie pozbawiona obiektywnych podstaw. Zarzutem jest też publikowanie wyników badań z innych dyscyplin w języku polskim. W tym przypadku należy odpowiedzieć na pytanie, czy np. prace humanistów skierowane są bardziej do innych, zagranicznych uczonych z tej dziedziny, czy raczej do własnego społeczeństwa? W przypadku wyników badań z historii Polski i dydaktyki szkoły polskiej odpowiedź może być tylko jedna – głównym odbiorcą jest społeczeństwo polskie, a wiec należy publikować po polsku i w materiałach (czasopismach, książkach) dostępnych w Polsce. Co nie oznacza, że wartościowe prace z tych dyscyplin nie powinny być tłumaczone na angielski i publikowane na Zachodzie. Takie właśnie rozwiązanie postuluje Polska Akademia Umiejętności.
6. Zarzuty związane z jakoby słabą jakością polskich badań naukowych (z wyjątkiem nauk ścisłych i chemii) oparte są wskazaniach SCImago Journal &Country Rank. Jest to poważny błąd metodologiczny, przynajmniej jeżeli chodzi o ocenę pozycji i jakości polskiej humanistyki. Wspomniany ranking uwzględnia bowiem prawie wyłącznie publikacje w czasopismach i to nie we wszystkich. A przecież dla humanisty największym osiągnięciem jest własna książka. Poza tym wiele artykułów umieszcza się w książkach zbiorowych (np. dorobek konferencji naukowych organizowanych w Polsce). Takich publikacji nie uwzględnia ranking SJR, co nie oznacza, że są one mniejszej wagi lub gorszej jakości. Istotny wpływ na znajdujące się w tym rankingu dane ma fakt, że np. spośród ponad trzystu czasopism z kategorii „Historia” nie uwzględniono ani jednego polskiego. Czy to oznacza, że takie czasopisma jak „Kwartalnik Historyczny” lub „Dzieje Najnowsze” nie przedstawiają większej wartości naukowej, nie istnieją w międzynarodowym obiegu lub mają mały zasięg? Odpowiedź twierdząca dowodziłaby ignorancji w zakresie znajomości polskiej historiografii. Trudno zrozumieć powody dyskryminacji polskich czasopism naukowych przez zachodnie rankingi (to, że wydawane są po polsku nie jest powodem wystarczającym). Jednakże fakt ten powoduje, iż nie nadają się one do oceny polskiego, humanistycznego dorobku naukowego. Podobnie należy ocenić zestawienie najczęściej cytowanych naukowców – ISI Highli Cited Researchers. Humaniści nie są w nim uwzględniani. Poza tym liczba cytowań niekoniecznie jest związana z jakością publikacji naukowych, może wynikać z ilości osób zajmujących się daną problematyką badań. Nie jest możliwe, by specjalista od dydaktyki historii w szkole polskiej (nawet publikujący po angielsku) miał szansę na taką ilość cytowań jak badacz ludzkiego genotypu i to niezależnie od jakości badań i publikacji. Sugestie, że wartość polskiej humanistyki jest niska z powodu niewielkiego zainteresowania Zachodu, wynikającego głównie z bariery językowej, są co najmniej kuriozalne.
7. W części dotyczącej ładu wewnętrznego uczelni znalazłem stwierdzenie, że profesorowie cieszą się daleko posuniętą autonomia wobec swojego pracodawcy. Z kontekstu wynika, że to jest zarzut. Moje zdziwienie budzi fakt, iż jedno z podstawowych zabezpieczeń przeciwko, ideologicznie i politycznie motywowanemu, manipulowaniu przez władze treściami kształcenia, a także kierunkami i wynikami badań uznano za wadę. Czy zapomniano już o doświadczeniach PRL-u w tej materii? To, że teraz mamy demokrację nie oznacza, że władze, a dodatkowo różne grupy nacisku – np. wielkie korporacje – na zawsze zrezygnowały z „ręcznego sterowania” wynikami badań, np. obrazem dziejów Polski, czy wartościami wychowawczymi. Profesor uniwersytetu musi mieć taką pozycję, by nie ryzykując dyscyplinarnego zwolnienia z pracy lub innych szykan służbowych, mógł powiedzieć (treściami wykładów, prowadzonymi badaniami i publikowanymi książkami) stanowcze NIE takim praktykom. Przecież demokracja zachodnia nie jest wolna od nacisków na naukowców (przykłady - blokowanie tych, którzy nie zgadzali się z tezą o istotnym wpływie człowieka na globalne ocieplenie lub tych, którzy podważali szkodliwość cholesterolu i pokarmów, które go zawierają).
8. W rozdziale „Umiędzynarodowienie szkolnictwa wyższego w Polsce” napisano, że oferta dydaktyczna polskich uczelni nie jest atrakcyjna dla studentów obcokrajowców. Stwierdzenie takie abstrahuje od faktu, iż oferta ta nie jest wybierana głównie z powodu bariery językowej. Przecież polscy studenci jeżeli studiują w innych krajach, to dlatego, że w Polsce nauczyli się języków tych krajów. Niestety, polskiego niewiele osób się uczy i dlatego oferta naszych uczelni nigdy nie będzie atrakcyjna. Chyba, że uczynimy język angielski wykładowym w Polsce, co jednak może być sprzeczne z prawem i dobrem narodu. Tworzenie zaś wydzielonych programów dla obcokrajowców nie wydaje się racjonalne w przypadku większości dyscyplin naukowych (relacja koniecznych nakładów do ewentualnych korzyści). Nie zmienimy trendu polegającego na wybieraniu jako miejsca do studiowania krajów angielskojęzycznych. Uwagę o tym, że polscy badacze w bardzo ograniczonym zakresie korzystają z możliwości uczestniczenia w międzynarodowych projektach badawczych należałoby uzupełnić o informację, że udział w wielu projektach wymaga wniesienia sporego wkładu finansowego, na który polskich uczelni najczęściej nie stać. Jeden przykład – dla mnie barierą uniemożliwiającą nawet skromną współpracę, na zasadzie uczestniczenia w zagranicznych konferencjach, była wysokość opłat konferencyjnych, których moi przełożeni nie mogli zaakceptować (jeden wyjazd zagraniczny jednej osoby pochłonąłby roczny fundusz na konferencje dla całego, kilkuosobowego zakładu).
9. Jednym z dowodów słabości polskiego szkolnictwa wyższego ma być słaba pozycja nawet czołowych naszych uczelni w międzynarodowych rankingach. Czego tak naprawdę to dowodzi? Wczytanie się w opisy tych rankingów, zamieszczone w „Diagnozie”, skłania do wniosku, że niczego. Są one skonstruowane w sposób dyskryminujący dla Polski i dla humanistyki oraz dający sztuczne preferencje bogatym krajom angielskojęzycznym i naukom ścisłym. Tak więc nie pozwalają na obiektywne porównanie nauki polskiej, a zwłaszcza humanistyki, z nauką światową. Nie nadają się do oceny stanu nie tylko polskiej humanistyki, ale także i większości innych dziedzin nauki. Poza tym, nie nadają się do oceny jakości kształcenia, z powodu braku jakichkolwiek obiektywnych kryteriów.
10. „Strategia” - Różnorodność – Nie przekonuje mnie pomysł tworzenia kolegiów akademickich obok wyższych szkół zawodowych. Ich główny cel – wyposażenie studentów w uniwersalne umiejętności, niezbędne w każdej pracy umysłowej powinien przecież być celem każdego typu wyższej uczelni. Kto będzie chciał studiować w kolegium, które nie daje jakichkolwiek uprawnień zawodowych, mając możliwość studiowania w wyższej szkole zawodowej lub w uczelni akademickiej (autorzy „Strategii” dostrzegają ten problem)?
11. „Strategia” – Otwartość - Likwidacja stypendiów naukowych i przesunięcie środków na stypendia socjalne wymaga rozwiązania istotnego problemu – fikcyjności danych na zaświadczeniach o dochodach. Zasady przyznawania stypendiów naukowych są bardziej sprawiedliwe – uczysz się, masz wyniki w postaci ocen i dostajesz stypendium. Zasady przyznawania stypendiów socjalnych (w zależności od dochodów rodziny) zapraszają do manipulacji danymi, w praktyce przesuwają część środków w ręce studentów nieuczciwych (a obszary nieuczciwości w Polsce są ogromne). Przykład – niski dochód wykaże student, którego jakoby bezrobotny ojciec bardzo dużo, ale „na czarno” dorabia, np. za granicą. Inny student, mający rodziców w tzw. budżetówce (zarobki raczej przeciętne), uczciwie wykaże ich dochody i nie dostanie stypendium. Premiujemy cwaniactwo i kombinatorstwo w miejsce pilności.
12. „Strategia” – Mobilność – Wprowadzenie obowiązku mobilności kadry musi opierać się na bezdyskusyjnym przekonaniu, że jest to posunięcie korzystne dla uczelni i realne do przeprowadzenia. W przypadku humanisty należy odpowiedzieć sobie na pytanie: czy na innej uczelni w Polsce kandydat na profesora nauk humanistycznych (uwaga ta nie dotyczy młodych doktorów) będzie miał okazję poznać nowe metody prowadzenia badań lub kształcenia? Twierdzę, że nie. Wobec tego o jakie doświadczenia wzbogaci go takie posunięcie? To będzie tylko fikcja. Poza tym, autorzy „Strategii” słusznie zwrócili uwagę na materialne i kulturowe zagrożenia dla mobilności jako obowiązku dla wszystkich (także tych, którzy mają rodziny, wybudowali domy, generalnie zakorzenili się). Według mnie te zagrożenia są nie do wyeliminowania i pokonania w dającej się przewidzieć przyszłości, co tylko pogłębi fikcyjność mobilności.
13. „Strategia” – Konkurencyjność – Finansowanie badań z funduszy rozdzielanych na drodze konkursów, z preferencjami dla projektów, na które pozyskano fundusze z otocznia zewnętrznego (czyli od biznesu) to gwóźdź do trumny humanistyki (zupełny brak środków od biznesu). Kolejny problem - badania w tej dziedzinie prowadzi się głównie samodzielnie, a nie w zespołach. Czy granty badawcze o których mowa w punkcie 10.16 będą dostępne dla osób indywidualnych? Czy zdecydowaną większość takiego grantu będzie można przeznaczyć na zakup fachowej literatury, publikację własnej książki i uczestniczenie w konferencjach naukowych (to są główne koszty badań w humanistyce, a dotychczas wiekszość grantów badawczych nie przewidywała takich wydatków)? Nad takimi sprawami powinni zastanowić się autorzy „Strategii”, by nie zniszczyć humanistyki. Osobiście popieram postulat Polskiej Akademii Umiejętności powołania odrębnego, państwowego funduszu finansującego badania humanistyczne.
14. „Strategia” – Przejrzystość – W polskich realiach wprowadzenie zasady powoływania rady powierniczej przez partyjnego ministra, a rektora przez radę wprowadzi do uczelni piekło partyjnych wojen. Tylko naiwni mogą sądzić, że minister (zależny od politycznego poparcia swojej partii) nie będzie wprowadzał do rad powierniczych działaczy swojej partii, a ci nie obsadzą stanowiska rektora „swoim człowiekiem”. Rady nadzorcze i zarządy wielu państwowych przedsiębiorstw (a raczej problemy tam pojawiające się) powinny być sygnałem ostrzegawczym. Uczelnie, na wzór państwowych firm i instytucji, mogą stać się „synekurami” dla partii tworzących w danym momencie koalicję rządzącą.
15. „Strategia” – Przejrzystość – Zakaz dorabiania (powyżej ½ etatu) u innego pracodawcy będzie obchodzony na różne sposoby, jeżeli jednocześnie nie podwyższy się znacznie (więcej niż o 50%) dotychczasowych płac. Zdecydowana większość pracujących na drugim etacie lub prowadzących dodatkowo działalność gospodarczą robi to nie z pracoholizmu, lecz z przyziemnych życiowych potrzeb. Zwolennicy zakazów dorabiania, bez jednoczesnych podwyżek, niech sobie przypomną hierarchię potrzeb Maslowa.
Podsumowując, zarówno „Diagnoza” jak i „Strategia” obarczone są istotnymi wadami:
- Wrzucenie „do jednego worka” wszystkich, bardzo odmiennych od siebie, dziedzin nauki zaburza obiektywność i rzetelność diagnozy. To co może wzmocnić nauki ścisłe, może zabić humanistykę.
- Przyjęcie założenia, że z polskim szkolnictwem wyższym i nauką jest źle, bo wszyscy tak mówią i źle wypadamy w zagranicznych rankingach, jest słabo udowodnione. Co prawda teza, że jest dobrze, też nie byłaby prawdziwa, jednakże ważne jest rzetelne zbadanie, w których naprawdę obszarach i dlaczego nie jest tak jak oczekujemy.
- Przekonanie, że amerykańskie wzory na pewno przyjmą się w Polsce i dadzą pozytywne rezultaty, jest nie do końca zasadne.
- Odczuć można lekceważenie tzw. „czynnika ludzkiego”, czyli potrzeb, oczekiwań i poglądów środowiska akademickiego. Przekonanie (może podświadome), że „można go złamać” amerykańskimi rozwiązaniami jest naiwne.

0 komentarze:
Prześlij komentarz