niedziela, 15 listopada 2009

Polskie uczelnie w rankingach

W minionych tygodniach miałem wątpliwą przyjemność uczestniczenia w dyskusji na temat konieczności zreformowania polskiej nauki i szkolnictwa wyższego, prowadzonej na portalu społecznościowym Golden Line. Sądziłem, że w miejscu, w którym wszyscy wypowiadają się pod nazwiskiem, można liczyć na poważną dyskusję. Niestety, młodzi pracownicy wyższych uczelni, z którymi polemizowałem, najprawdopodobniej na tyle są zestresowani swoją pracą w Polsce na tyle nienawidzą polskich realiów, że nie byli w stanie rzeczowo polemizować. Gdy natrafiali na moje, zdecydowanie odmienne od swoich, poglądy, to reagowali epitetami i pomówieniami. Do głowy im nie przyszło, że można mieć inne poglądy, niż takie, które zakładają przeszczepienie do Polski wzorów amerykańskich. Problem oczywiście istnieje - polskie uczelnie kiepsko wypadają w rankingach. Przyjrzyjmy się im bliżej.
Zastosowane kryteria:
1. Jakość badań naukowych mierzona opiniami naukowców i liczbą cytowań.
Nie wiadomo jaki procent ankietowanych naukowców stanowili Polacy oraz w jakim stopniu wszyscy ankietowani znali dorobek polskiej nauki (nie mówiąc o polskich realiach). Obawiam się, że znali w stopniu niewielkim, co nie świadczy o małej wartości polskiego dorobku. Po prostu polskie książki do nich nie docierają w takim stopniu jak angielskojęzyczne. Przypomina się mi w tym momencie ranking polskich uczelni zrobiony na podstawie opinii, głównie warszawskich biznesmenów, o absolwentach poszczególnych uczelni. Wygrały uczelnie warszawskie. Inne, zwłaszcza oddalone od Warszawy nie miały większych szans - warszawscy biznesmeni dużo rzadziej mają do czynienia z ich absolwentami. Ale to nie znaczy, że "prowincja" uczy gorzej. Kolejna sprawa to cytowania. Najwięcej cytuje się prac pisanych po angielsku (zwłaszcza w naukach ścisłych) i drukowanych w krajach angielskojęzycznych, ale to nie znaczy, że te pisane po polsku nie są wartościowe. No to publikujmy po angielsku ktoś powie - OK, ale co z polskim odbiorcą, zwłaszcza zainteresowanym humanistyką i naukami społecznymi. Przecież polski nauczyciel nie skorzysta z publikacji, która po angielsku ukazała się w USA. Co z obowiązkiem inteligencji dbania o rozwój polskiej kultury, w tym języka?
2. Jakość kształcenia zmierzono stosunkiem ilości studentów do ilości pracowników.
Jakiś związek na pewno występuje. Ale mnie zastanawia w tym punkcie brak podstawowego i najbardziej miarodajnego kryterium - wartości dodanej. Jaki był przyrost kompetencji u studentów każdej uczelni, mierzony jako różnica pomiędzy poziomem kompetencji na końcu i na początku studiów? Dlaczego tego nie zmierzono? To poważny błąd, który w oczach dydaktyka dyskwalifikuje ten ranking.
3. Na miejsce w rankingu wpływają także takie kryteria, jak ilość zagranicznych wykładowców i ilość zagranicznych studentów. Ale czy duża liczba zatrudnionych obcokrajowców poprawia jakość nauki lub nauczania? Raczej świadczy o wysokości zarobków.W Polsce trudno liczyć na większą ilość zagranicznych wykładowców z powodu kiepskich zarobków, a studentów z powodu nieznajomości języka polskiego.
Podsumowując, wydanie opinii o jakości uczelni na podstawie takiego zbioru kryteriów nie jest uczciwe, ponieważ sztucznie premiuje uczelnie bogate i działające w krajach angielskojęzycznych.
Kolejny ranking Academic Ranking of World Universities, tzw szanghajski.
Kryteria:
1.Nagrody Nobla pracowników i absolwentów - preferencje dla uczelni posiadających od wielu lat bogate i skomplikowane laboratoria. W Polsce takowych nigdy nie było. Poza tym wątpliwości a propos kryteriów tej nagrody rodzi przyznanie jej Obamie za działalność pokojową !!!! Do tego dodajmy nieuwzględnianie wielu dyscyplin naukowych.
2. Publikacje w czasopismach "Nature" i "Science" - preferencje dla artykułów angielskojęzycznych. Poza tym rodzi się pytanie, czy własne książki naukowe są mniej wartościowe? Czy naukowe czasopisma w innych językach nie liczą się, bo publikują byle co?
3. Liczba cytowań na podstawie Science Citation Index i Social Science Citation Index. Znowu preferencje dla publikacji angielskojęzycznych (co nie znaczy bardziej wartościowych) oraz dla prac poruszających nośnie (co nie znaczy bardziej wartościowe) problemy.
Kolejny ranking ułożony z myślą o krajach bogatych i angielskojęzycznych. Znowu brakuje kryterium edukacyjnej wartości dodanej.
Wszystkie te rankingi grzeszą nieobiektywizmem oraz próbą porównywania nieporównywalnych obszarów - nauk podstawowych ze stosowanymi, humanistycznych ze ścisłymi, krajów bogatych z biednymi, obszaru angielskojęzycznego z mniej popularnymi językami. Ja wiem, że w polskiej nauce nie dzieje się najlepiej, ale te rankingi niczego rzetelnie nie wyjaśniają. Kiepska pozycja w tych rankingach jest w dużej mierze spowodowana tym, że nie są zrobione profesjonalnie i najprawdopodobniej ich kryteria zostały opracowane z myślą o preferencjach dla konkretnych uczelni i państw.
Teraz przejdźmy do propozycji zmian.
Kompleksowo zostały przedstawione m.in. w tekście Andrzeja Jajszczyka (to co pisano w Golden Line i w innych portalach internetowych pominę ze względu na nadmiar agresji i braki merytoryczne).
1. Zwiększenie nakładów na naukę i szkolnictwo wyższe - OK.
2. Powszechna odpłatność za studia i równe traktowanie w dostępie do środków finansowych uczelni państwowych i niepublicznych - OK.
3. Menedżerskie zarządzanie uczelniami, ograniczenie roli rektorów, dziekanów, senatów i rad wydziałów - Czy uczelnia to firma zarobkowa? - nie powinno tak być. Czy menedżer nie będący pracownikiem naukowym będzie znał specyfikę instytucji tworzącej naukę  i kształcącej? - nie wiem.
4. Uproszczenie modelu kariery, likwidacja habilitacji i profesury - już widzę te zastępy doktorów mających znajomości w partiach politycznych, którzy wygrywają ustawione (jak to w Polsce) konkursy. Już to przerabialiśmy - patrz marcowy docent.
5. Mobilność pracowników - w Polsce jest konieczne nie tyle pozostawanie na tej samej uczelni, ile w tym samym mieście. Krótki przykład. Mam dom w mieście na Lubelszczyźnie. Wygrałem konkurs w Warszawie. Dojeżdżanie odpada. Sprzedaję dom i w Warszawie kupuję (po spłaceniu rat kredytu wziętego na ten dom)... dwa pokoje z kuchnią w tańszej dzielnicy na obrzeżach miasta. Mój i mojej rodziny standard życia radykalnie pogarsza się. Za takie posunięcie w zasadzie mogą mnie oskarżyć o znęcanie się nad rodziną ;-). Mogę wziąć kredyt, kupić działkę i wybudować dom pod Warszawą, ale nie zarobię (nawet na UW) na raty. I to jest problem wszystkich, którzy mieli nieszczęście zacząć pracę na uczelniach w miastach, w których ceny nieruchomości nie są wysokie. Mogą przenosić się za karierą do uczelni ... na wsiach. Powtarzam - Polska to nie Ameryka.
6. Słabość formalnych elit - spadek po PRL, po prezydenturze Wałęsy i rządach PiS.
7. Niedostateczne powiązania z gospodarką - a jak ma to zrobić humanista?
Może i model amerykański jest idealny, ale nie w Polsce. Tu są inne realia, tu żyją ludzie z inną mentalnością. Co wobec tego zrobić, by w polskiej nauce było lepiej? Czekam na podpowiedzi.



0 komentarze:

Prześlij komentarz